Zobacz też:






Pieńkach siać pszenicę, na Złotowszczyznie  żyto i nic więcej. I nie raz z trudnością przyszło Stasiowi nakłonić go, ażeby jakąś odmianę lub ulepszenie wyczytane w dziełach gospodarskich, do skutku doprowadzić. Przekonać go niktby tego nie dokazał, wykonywał więc to mrucząc: , na licha sic to przydało" wykonywał dla tego tylko, ze mu Panicz kazał.
Tacy to byli mieszkańcy dworków, ich życie zawsze jednym trybem płynęło spokojnie, regularnie; każdy właściwą zajęty był czynnością: ciocia Scholastyka gospodarowała, łajała baby, wnikała w ich plotki, i modliła się; pan Kapitan polował sam lub ze Stasiem i jeździł po sąsiedztwach; Bartosz cały dzień od świtu do nocy, doglądał gospodarstwa pieszo lub konno, zamykał, rachował i codziennie wieczorem Stasiowi, tak jak niegdyś Jegomości zdawał relacye i odbierał dyspozycye.
A w Niedzielę i święta prawdziwie budującym był widok tych starców zgromadzonych w kościele wraz ze swym Paniczem i zanoszących przykładnie modły do Boga.
Gdy rozszedł się odgłos wielkiego dzwonu zwołującego na summę, czy w pogodę lub  słotę, wyruszało dworkowe towarzystwo do kościoła. Ciocia Scholastyka w świątecznym czepeczku, w chustce w palmy, z ogromnym workiem włóczkowym z klamrą, na ręku, podpierając się laseczką, ciągnęła powoli do kościoła, dawszy wprzódy kilka napomnień donośnym głosem Kadmie i babom, kończących się zwykle aż na dziedzińcu.
Pan Kapitan w nankinowych najczęściej pantalonach, uprzywilejowanych od święta lub od wyjazdu w sąsiedztwo, w nowej czamarce granatowej z potrzebami, z włosami na twarz zaczesanemi i wymuskanemi faworytami, czapeczkę z barankiem nasa-
dziwszy z fantazyą, z laseczką opatrzoną u wierzchu toporkiem, drobniutkim postępował krokiem. Stary Bartosz w szarej długiej kapocie i w czapce z lisiem futerkiem, o kiju sękatym w ręku, podobnież w tęze ciągnął stronę. A ze dworu przybywał zwykle Panicz, czasem i Walenty i pani Adamowa w ogromnym czepcu, ze szlarkami i czerwonemi kokardami i salopce wysarzanej; a w czasie mszy całe to grono sadowiło się w ławkach i starzy modlili się z książek nabożnie, śpiewając różnemi głosy różańce, gorzkie żale lub kolendy stosownie do pory, potem całowali patynę i rozchodzili się do domostw. Kapilan tylko prawie zawsze ściągał do plebanii, gdzie anyzówką księdza Proboszcza, pokrzepiał wycieńczonego nabożeństwem ducha.
Ciocia Scholastyka powracała do swego dworku, gdzie ogarnąwszy się i dawszy kilka rozporządzeń Kachnie, udawała się