Zobacz też:






— A cóż tam zdrów mój Stasieczek? pytała zaraz Ciocia Scholastyka.
— Zdrów Bogu chwała ojej jak rydz.
— A gdzie jest dziś wieczór?
— Pojechał do Wodzisk zaraz po południu.
— O Jezu żeby się ono, cóżem chciała powiedzieć, nie zaziębił wracając...
— Co mu tam będzie, ja jagem był w jego wieku, to pamiętam, zaraz to opowiem państwu....
— Et jużeśmy to, cóżem chciała powiedzieć słyszeli.... może mu tam, cóżem chciała powiedzieć, wpadła w oczko w Wodziskach panna Kamilla, niech mu Bóg daje zdrowie robaczkowi, ja się zawsze modlę umyślnie codzień za niego, odmawiam litanię na jego intencją.
— Oj wartoć jak Bóg na niebie, dodawał grubym głosem Bartosz, tyło aby gospodarstwa nie odmieniał, nie przerabiał.
— Et co tam gospodarstwo, aby się ono głównie nie zepsuło, bo to jeszcze młode i strasznie niedoświadczone.
— To i niedobrze, wtrącał Kapitan, jak kto jest taki niedoświadczony, ja jagem był młody, zaraz opowiem...
— Tak zapewne phi! to mi wyciął niedoświadczony, mówiła przedrzeźniając Ciocia Scholastyka, to lepiej zęby cóżem chciała powiedzieć był taki doświadczony... i Boże zmiłuj się.
— Pochwały wart, wtrącał ksiądz Proboszcz, powoli, przeciągając za każdem słowem, ze w tym wieku jest tak nabożnym.
— Ho, ho, ja panie.... zacząć chciał Kapitan, tylko mu panna Scholastyka gniewnym na niego wzrokiem przerwała.
— Oj pewno, ze takiego trudno znaleść drugiego, mówiła dalej Ciocia.
— Zanadto tylko rozpuszcza chłopów, wtrącała gniewnie pani Adamowa i t. d.
Zasiadano następnie z powagą do ćwika. Ciocia, pan Kapitan, Bartosz, a czasem i Proboszcz składali partyą; Ciocia zawsze zapominała co świeci: czy wino, czy czerwień lub dzwonka i ciągle prawiła o Hapce i o Parasce; Kapitan trzymając karty, strzelał do lisów, zająców, dzików, szczekanie psów naśladował, kwakanie kaczek i wystrzały. Bartosz i ksiądz Proboszcz siedzieli tylko poważnie, nic nie mówiąc, zażywając tabakę i popijając herbatę.