Zobacz też:






tak absolutnie odwiedzam, je suis Joseph Aniszewski, votre tres proche voisin. Walenty który stał przypatrując się ciągle nowoprzybyłemu, za ostatnim przez niego wymówionym wyrazem, splunął, dobryś mruknął, i wszedł śpiesznie do kredensu.
— Bardzo mi miło poznać Pana, rzekł nieco zmięszany Staś, i poprosił gościa do sali.
— Ja znałem ojca pańskiego i stryja, a nawet j'ai l'honneur, liczyć się do kuzynostwa.
Usiedli, nowo przybyłemu usta się nie zamknęły.
— Bo to vous savez ten, mówił on prędko, młody do młodego to jakoś etykiety się nie uważa, o pół mili mieszkając od Pana, uważałem za obowiązek naprzód zapoznać się z Panem, o którym tyle dobrego słyszałem, i uśmiech jakiś ironii nieznaczny, przelotny, okolił jego usta. gdy tych słów domawiał.
— Bardzom rad z miłego zapoznania się z sąsiadem, ale koniki zdaje mi się stoją, czyby nie mogły zajść do stajni, — spojrzawszy w okno rzeki uprzejmie Staś.
— O nie, toby było za nadto, excusez, ale na to nie pozwolę, boby było za nadto z pierwszą wizytą.
— To mogę przynajmniej posłużyć cygarem.
— Tego nie odmówię.
Staś w trakcie tego, zawołał Walentego ze świecą; trzeba było widzieć starego z jaką miną, wniósłszy świecę, spoglądał na nieznajomego, patrzył na niego podobnemi oczyma, jak ten co śmiertelną czuje nienawiść.
Rozmowa z początku tocząc się powierzchowna o dziełach, z której pokazało się, ze nowy sąsiad był dość oczytanym, przeszła do przedmiotu o zajęciach się; Staś opowiadał swoje, Pan Aniszewski swoje, lecz tego ostatniego opowiadania
 
powoli, powoli, z wyrażeń się na wstępie gładkich, a nawet pełnych pretensyi, zaczęły się cieniować w tłuste i gorszące dowcipki, które rumieniec na twarz Stasia sprowadzały, i w końcu wizyty dziwnym się nowy sąsiad wydal Stasiowi, gdy się sadził jak gdyby naumyślnie, na pełną nieprzyzwoitości rozmowę.
— Spodziewam się, ze ze strony Pana będę miał rewanż, c'est inutil de vous le dire, mówił gość ściskając kordjalnie za rękę.
Odprowadził go na ganek młody gospodarz, Walenty na znak tylko Stasia, z widocznem oburzeniem podał mu futro, a gdy odjechał, trzęsącym i tajemniczym do Stasia przemówił głosem:
— Ho, ho Paniczu, jak Boga kocham, znajomość i kommunikacya z tym człowiekiem, niebezpieczna dla Panicza.
Uśmiechnął się Staś i nic nie mówiąc odszedł.