Zobacz też:






szący w sali, to oczy ojcowskie tak surowo nań patrzeć się zdawały, ze się lękał prawie i unikał tych spojrzeń, to znów gdy mu wpadł w oczy obraz Matki Boskiej wiszący nad jego łóżkiem, jakiś nieopisany żal ściskał jego serce, tymczasem cięgłe zaprosiny do strasznego dworu i wzajemne przyjęcia w swoim, hulackiego grona, gorączkowem jakiemś roztargnieniem, rozrywały mu te chwile znudzenia i smutnych myśli.
A starzy rezydenci, duchy opiekuńcze Stasia, co mówią na to, łatwo to odgadnąć.
Pani Adamowa jakkolwiek zawsze mieszka w garderobie i pełni swe obowiązki z gorliwością, jednakże wyraz gniewny w twarzy, w obejściu, z którym ją poznaliśmy, teraz w dwójnasób się powiększył. Teraz nie widzisz ją, tylko gniewającą się ciągle, łającą starą Małgosię i baby i często słyszeć można w jej ustach, gdy dyspozycyę jaką od Panicza odbierze. "Jezus
Marya już też to zbytki Dali Bóg, tak wciąz ono gości spraszać i karmić, ciekawa jezdem, a tu w spiżarni nic nie ma, i porządku za trzy grosze."
Ciocia Scholastyka mieszka jak dawniej, narzeka i modli się codziennie o nawrócenie Stasia, Litanią za niego odmawia, przerywaną jak zwykle apostrofami do Paraski i Kachny. Zagniewaną jest niby na Stasia, który jej napomnień i rad usłuchać nie chciał, nie bywa już we dworze, ani na obiadach niedzielnych, jednakże pani Adamowa relacyę jej codziennie zdawać musi o zdrowiu Stasia i jego czynnościach; stan jego życia teraźniejszy, znacznie ją obchodzi i martwi, tak że aż czasem zapłacze.
Pan Kapitan zawsze jest sobie panem Kapitanem, na nim smutku nie znać i jakkolwiek na częste teraz odwoływanie się cioci Scholastyki, smutnym, na w pół płaczącym przez nią wymawiane głosem: "Widzisz Acan, Acan mówiłeś, cóżem chcia-
ła powiedzieć, ze mu nic nie będzie, a co? przeczuwałam jak to dobrze!!" gani podobnież postępowanie Stasia i "oj prawda Mościa Dobrodziko" wzdychając powtarza, jednakże nie raz, radby był zajrzeć do dworu, do którego wstęp najsurowiej mu przez ciocię. Scholastykę zabroniony i dzielić z wesołą kompanią zabawy, a szczególniej polowania...
Do dworku Bartosza przybył jeden mieszkaniec więcej t. j. Walenty: postarzał biedak, pomizerniał, wyniósł się on z oburzeniem ze dworu, gdy widział, ze uliberiowani nowo przyjęci lokaje miejsce jego zająć mieli, i zamierzył siedzieć z Bartoszem, gdzie ażeby jednak nie próżnować, chleba pańskiego darmo nie jeść, po całych dniach sieć robił, lub naprawiał stare włóki.Łatwo się domyśleć ile cierpiał stary, patrząc na tę zmianę życia Panicza, którego tak kochał, którego do ideału przed