Zobacz też:






— Czy się Ciocia na mnie gniewa, czy zapomniała o mnie zupełnie, ze tak dawno mnie nie raczyła odwiedzieć? — i pocałował ją w zeschłą rękę.
— Stasieczek, cóż się stało. że mnie, cozem chciała powiedzieć odwiedza, — trochę z urazą, z ciekawością a razem wzruszeniem, przemówiła do niego.
— Kiedy Ciocia na mnie tak niełaskawa, sam tu przyszedłem ją zawstydzić.
— Żem nie bywała mój Stasieczku... — mówiła smutno, — i nie będę już może, bo tam we dworze nie tak się dzieje jak Bóg przykazał, jak powinno.
— Ciocia bo myśli, żem ja zawsze ten Stasieczek mały, co dawniej, — z uśmiechem mówił Staś.
— Oj bo to nie ten Stasieczek z ciebie, cozem chciała powiedzieć, co dawniej, co dawniej, co przed rokiem, nie ten co pacierz rano i wieczór odmawiał, nie ten co bywał co święto i Niedziela w kościele, —
i poniosła chustkę do ocz starych i wpadłych, w których się łzy kręcić zaczynały.
— O bądź spokojna kochana Ciotuniu, — nieco wzruszony odpowiedział Staś, — nagannem jest to moje bratanie się z nimi i zepsułem się, czuję to, zepsułem się wiele, lecz zaręczam Ciotuni, ze zupełnie zepsutym, jeszcze nie jestem.
Cioci twarz rozpromieniła się radością, i przyszło jej z razu na myśl, ze skutkiem litanii, które codzień za niego odmawiała, Stasiowi przyszła chwila upamiętania i poprawy.
— Zepsuty nie jesteś i poprawisz się, — mówiła radośnie składając ręce, — i przerwiesz stosunki z tą zgrają, cożem chciała powiedzieć łotrów, przestaniesz tych kosztownych zabaw, które twemu zdrowiu szkodzą i są obrazą Pana Boga?.... o Boże dzięki ci, — i zaczęła Stasia z uczuciem w głowę całować.